Początki szkoły? Ha, kochani! To był czas, który w podręcznikach do historii znajdzie się w całkiem innym rozdziale niż tak zwane „dziś”, czas zupełnie innych realiów społecznych, politycznych i innych. Szkoła wolna od komunistycznej doktryny i odgórnego przepisu, niewielka, przyjazna i dobra. Początek jej to była euforia podsycana przez zainteresowanie wszystkich: władz, mediów, „państwowej konkurencji”, wreszcie przez naszych kandydatów i ich rodziców.

Prawie co sobotę paliliśmy ogniska; w kręgu mieścili się wszyscy uczniowie i nauczyciele, a entuzjazm odrywał nas od ziemi jak paprochy porywane przez strzelające w górę płomienie.

Poza chęciami i wiarą, że się uda, nie mieliśmy nic: budynku, ławek, krzeseł, tablicy, kredy, nie mówiąc o takim rarytasie jak ksero. To była „rodzina”, która miała wspólny cel – uczyć się, szanować, być otwartym, zdobywać i przekraczać niemożliwe. No i przekraczaliśmy. Zwoziliśmy meble z likwidowanych instytucji tamtego ustroju – pierwszy i jedyny raz byłem wtedy w jakichś rządowych budynkach. Szafy i krzesła – ze szkoły politycznej, stoliki dla uczniów pochodziły ze Szwecji i były prawie jak nowe, coś z komitetu centralnego partii, coś z likwidowanej Agencji Informacyjnej.

Mieliśmy dwie sale, bo były tylko dwie klasy. W jednej za zimno, w drugiej za gorąco. W cieplutkiej – za ścianą była ciastkarnia. Te ciastka „wchodziły” nam do nosa na wszystkich lekcjach, nosiliśmy ich zapachy na swoich ubraniach.

Pomimo „zrzutów” i darowizn, pomocy rodziców i znajomych, nie mogę powiedzieć, żeby coś spadało nam z nieba. Wszystko trzeba było stworzyć, wymyślić, wypracować.

Dziś mamy wiele sal, nie są ani za zimne ani za gorące. Mamy nie tylko meble, tablice, ksero, bibliotekę, ale przede wszystkim zwyczaje, jak przetarte wygodne ścieżki. Czasem żal tego entuzjazmu odkrywców, dziś staliśmy się bardziej turystami.

Przyszedł czas na zwykle życie, wyznaczane rytmem semestrów, egzaminów wstępnych, matur i znacznie nam prościej przewrócić kartkę kalendarza niż przeżyć jeden szkolny dzień. Większość z nich, to dni „czarne” z gęsto zapisanymi obowiązkami, ale są też „czerwone”, niekoniecznie niedziele, kiedy palą się w nas czyste radości udanych klasówek, atrakcyjnych wycieczek, rozrywek sportowych, pochwał lub po prostu poczucie posiadania racji.

Więc my nauczyciele i nasi uczniowie przewracamy czarne i czerwone kartki kalendarza, za nami „szare eminencje” –rodzice, którzy wybierając tę szkołę, wierzą wraz z nami, że jest to bezpieczny most, którym wspólnie przechodzimy z brzegu dzieciństwa na brzeg dorosłości.

Wojciech Czaj

———————————

14 czerwca 2014 roku nasza szkoła obchodziła 25-lecie.

Zapraszamy serdecznie na stronę poświęconą temu wydarzeniu!

6 czerwca 2009 roku nasza szkoła obchodziła swoje 20-lecie.

Zapraszamy serdecznie do obejrzenia zdjęć z tego wydarzenia.